Lunch po świdnicku

1777

Trendy przychodzą i odchodzą. Są jednak takie, które zostają na dłużej. Co więcej, da się na nich zarobić. Dzisiaj trendem obowiązującym (i obowiązkowym!) jest moda na „bycie fit”.   Obecnie wszystko powinno być zdrowe. Nawet fast food. Wszystkim, którym to połączenie trąci oksymoronem, polecamy wizytę w FYH (Fix Your Health) w Świdnicy. Okazuje się, że istniejący od tygodnia lokal ma szansę  nie tylko wpłynąć na poprawę nawyków żywieniowych swoich klientów, ale również spopularyzować w regionie słowo „lunch”. 

Pamiętacie kultowy bar MG Janek? Nieistniejący już od jakiegoś czasu, ale przywodzący na myśl szybkie i smaczne jedzenie, pod którym niezależnie od pory, ustawiała się długa kolejka. O tym, że sukces nie był tylko i wyłącznie kwestią lokalizacji, świadczy fakt, że przez jakiś czas próbował tam funkcjonować pewien bar z kebabem, jak się okazuje – bez większego powodzenia. Tym razem na miejscu MG Janka pojawiło się coś, co doskonale wpasowuje się w popularny nurt oraz ma szansę konkurować z jego miejską legendą.

Tydzień… i już tłumy

Do FYH (coś czujemy, że ta mało chwytliwa nazwa szybko zostanie zastąpiona jakimś tworem z lokalnego slangu) zaglądamy w środku tygodnia, około godziny 13.00. Jesteśmy zaskoczeni frekwencją. Co prawda lokal sam w sobie jest mały i już kilkanaście osób powoduje wrażenie tłumu, jednak biorąc pod uwagę, że 50% gości korzysta z opcji „na wynos”, to FYH na odwiedzalność narzekać nie może. Chwilę czekamy w kolejce, mamy więc czas, by się rozejrzeć. Lokal ma całkiem ciekawy wystrój, wiodącym kolorem jest zieleń, a nurtem minimalizm. Menu jest duże i widoczne. Na naszych oczach przygotowywane jest jedzenie. Fajnie, widzimy produkty i wiemy, co dostaniemy po zamówieniu. Dostrzegamy jednak również pierwszy minus – panie przygotowują dania bez użycia rękawiczek. Niezrażeni, wybieramy potrawy z menu. Jest może i nieszczególnie rozbudowane, ale całkiem treściwe i pasujące do miejsca. Potrawy mają spersonalizowane nazwy: możemy wybierać pomiędzy Fixwrapami, Fixburgerami czy FixBurgerami 100% Wołowina. Dodatkowo, w menu znajdują się kanapki, tosty, sałatki oraz całkiem ciekawe opcje śniadaniowe. Siłą tego miejsca są świeżo wyciskane soki i koktajle. Zamawiamy tradycyjny truskawkowy i intrygujący połączeniem smaków ananasa, ogórka, jabłka i szpinaku. Oba są pyszne. Już po pierwszym łyku czuć, że przygotowują je ze świeżych owoców i warzyw. Jak dla nas – bardzo fajne uzupełnienie posiłku. Dodatkowo, zamawiamy Fixburgera miodowo – musztardowego oraz sałatkę z kurczakiem i serem feta. Obsługa, mimo że bez rękawiczek, jest ujmująca. Panie ubrane w jednakowe koszulki z logotypem, są uśmiechnięte i pomocne. Nie lubisz bekonu w burgerze? Nie ma sprawy, zamienią go na Twojego ulubionego ananasa. Mamy również możliwość wyboru bułek, wśród pszennych i razowych. Zamawiamy kanapkę średnią, która po przygotowaniu okazuje się ogromna, podobnie jak sałatka. Regulujemy rachunek, za wszystko płacimy 37 złotych. Panie z obsługi niestety nie wiedzą, czy mogą nam wystawić fakturę.

Będziemy obserwować

Tłok w lokalu i ciągle wypatrywanie zwalniającego się stolika rekompensuje nam jedzenie. Oprócz tego, że jest zdrowe,  jest również bardzo dobre. Na samym początku zajmujemy miejsce przy narożnej ladzie i siadamy na hokerach. Nie bardzo wiemy, co zrobić z torebkami… Przydałoby się choć kilka małych wieszaków. Mamy szczęście, zwalnia się jeden z trzech stolików. Nasze zamówienie odbieramy przy barze na białej plastikowej tacy. Sałatka, podobnie jak koktajle, podana jest w plastiku. Burgera dostajemy w papierowej torebce, która przesiąka po pierwszym gryzie. Warto byłoby się pokusić choć o plastikowy talerzyk pod kanapkę, ponieważ jej jedzenie naprawdę nie jest komfortowe. Zjedliśmy, chcemy odłożyć tacę. Okazuje się, że pojemnik na odpadki jest tak skonstruowany, że nie mamy możliwości włożyć do niego przechylonej tacy w całości. Otwór jest po prostu zbyt wąski. Zbieramy więc wszystkie odpadki rękami (w tym papierową torebkę z burgera całą w sosie) i upychamy do pojemnika. Zdecydowanie jesteśmy za jego wymianą.  Przed wyjściem zaglądamy do toalety. Jest maleńka, ale bardzo czysta. Jedyny mankament – nie ma lustra… Opuszczając FYH raz jeszcze rzucamy okiem, badając profil klientów. Sporo z nich wygląda, jakby na moment wyrwało się z biura na szybkie drugie śniadanie, określanie obecnie modnym słowem „lunch”. Jeśli po tygodniu od otwarcia FYH (mimo drobnych mankamentów) radzi sobie już tak dobrze, z ciekawością będziemy obserwować dalszy rozwój tego miejsca, które ma szansę sprawić, że lunch po świdnicku będzie powodował jak najlepsze skojarzenia.