Teatr ma zmuszać do przemyśleń

631

O teatrze, życiu na scenie, pracy nad spektaklami i czarowaniu widzów z dyrektorem Teatru William-Es, który w ostatni weekend listopada obchodził swoje dziesięciolecie – Danutą Gołdon-Legler rozmawia Karolina Tomza.

* Psychologiczny portret dziesięcioletniego człowieka to rozwój uczuć, kształtowanie charakteru, początek wrażliwości na estetykę i piękno. Jaki jest zatem dziesięcioletni William-Es?

– W gruncie rzeczy jest bardzo podobny. Nabyliśmy już pewnych zachowań tak jak dziesięcioletni człowiek, nauczyliśmy się funkcjonować poprzez te dziesięć lat jako teatr prywatny, mamy swoje cykliczne imprezy (Letnia Akcja Kulturalna, Letni Obóz Teatralny, Dzień Teatru, jubileusze) czy też bierzemy udział w wydarzeniach na terenie Wałbrzycha, takich jak Orszak Trzech Króli, Pozytywne Granie. Reprezentujemy też miasto poza granicami kraju. Braliśmy udział w projektach teatralnych z takimi krajami jak: Węgry, Turcja, Hiszpania i Francja. Współpracujemy z francuskim teatrem Arts Sceniques. W świadomości mieszkańców istniejemy jako teatr. Mamy swoją wrażliwość, wiemy, co chcemy robić.

* Jubileusz 10-lecia pobudza do wspomnień i refleksji, więc wróćmy do Waszego początku…

– Początki były trudne. Pierwszą naszą inscenizacją były „Dziady”, robiliśmy to na scenie Teatru Jaracza w Radomsku w sierpniu 2005 roku. Rodzina była bardzo zaangażowana w ten projekt, mocno mnie wspierała, mój ojciec chrzestny – stolarz wykonał całą scenografię, robiąc nam tym samym ogromny prezent. Moi rodzice z kolei byli sponsorami wszystkich kostiumów i rekwizytów. Aktorzy zaufali nam i podczas miesięcznych prób pracowali za darmo. Podczas trzech spektakli zgromadziliśmy dwa i pół tysiąca widzów. Tak zaczynaliśmy. Kiedy graliśmy „Romeo i Julię”, zaprosił nas ówczesny prezes Zamku Książ Jerzy Tutaj do przedstawienia tej sztuki – obejrzało ją czterysta pięćdziesiąt osób. Od tego zaczęła się przygoda z Zamkiem Książ. Było to dla nas ogromne ułatwienie. Mając własną siedzibę, nie tułaliśmy się po różnych teatrach.

* Gratuluję ilości widzów. Czy to oznacza, że wszechobecna popkultura nie wypiera teatru, a ludzie chętnie mu towarzyszą podczas nowych projektów.

– Zgodzę się z tym. Mimo, że grane przez nas „Dziady” nie miały związku z dekonstrukcją, czyli warstwa tekstowa została nienaruszona, mówiliśmy wierszem klasycznym, kostiumy były stylizowane, scenografia i muzyka wpisywały się w spektakl, bardzo się podobały. To był również dobry strzał w przestrzeń teatralną. Teatr ma ogromną moc kształtowania ludzi, szczególnie dzieci i młodzieży. Po przedstawieniu „Edyp i Antygona” dostałam maila od młodej dziewczyny z podziękowaniami za możliwość jego obejrzenia. Do tej pory nienawidziła teatru i uważała, że jest on stratą czasu. To jest dla mnie ogromna wartość – nawrócenie na teatr. W takich momentach wiem, że to, co robię ma sens, ma głębszy wymiar.

* Czy teatralne życie da się zostawić za drzwiami? Może przenika w Pani codzienność?

– Teatr i prywatne życie oddziałują na siebie wzajemnie. Wychodząc z roli, nie kończę od razu spektaklu. To trwa również przed wejściem na scenę, przygotowując się do roli. Prywatnie, np. w przestrzeni miejskiej ludzie nie postrzegają nas, aktorów, jak konkretne osoby, zdarza się, że widzą we mnie Julię ze spektaklu „Romeo i Julia”. Jeszcze bardziej widoczne jest to w filmie czy serialu, grając określoną rolę przez ileś lat, widzowie utożsamiają człowieka z jego postacią na ekranie.

* Aktorką jednej twarzy Pani zdecydowanie nie jest.

– Gram różne role od lirycznych do dramatycznych. Podejmuję wyzwania i bardzo się cieszę, że publiczność nie przyporządkowała mnie do jednej roli. Gram tak, żeby nie mieć żadnej etykiety, łatki, od której ciężko byłoby się uwolnić.

* Uchyli nam Pani rąbka tajemnicy na temat planów na przyszłość?

– O nich wolę nie mówić. To podobno przynosi pecha, jak mawiają ludzie teatru. Jeżeli się spełnią, to na pewno się spotkamy i o nich porozmawiamy.

* Czego Wam życzyć na kolejne dziesięć (i więcej!) lat?

– Ogromnej pasji, wspaniałych aktorów, reżyserów, kompozytorów, scenografów. Żeby Zamek Książ dalej nas gościł jako teatr. Żeby miasto chciało nas mieć pod swoimi skrzydłami. I oczywiście wiernych widzów, bo bez nich nic nie było takie same.

* Nie pozostaje mi nic innego, jak Wam kibicować i wspierać jako widz.