Angry Again – Muzyczne MMA

1432

Minął okres buntu i pozostała muzyka, choć posiadająca ciężkie riffy i wyrazistą perkusję, nie ograniczająca się w żadnym razie na jeden styl, czy gatunek muzyczny. Być może ta swoista muzyczna mieszanka tak bardzo spodobała się jury Truskawki, że zespół Angry Again przeszedł do finału świdnickiego przeglądu i już 18 lipca powalczy o główną nagrodę 2 tys. zł. Z członkami świebodzicko-wałbrzyskiej metalowej kapeli w składzie – Krzysztof Szary – gitara i wokal, Wojciech Wierzbicki – perkusja, Sławomir Gucwa – gitara i Rafał Wach – gitara basowa trochę o historii zespołu, muzyce oraz koncertach rozmawia Agnieszka Nowicka.

* Określacie się jako czterech kolesi z pasją do muzyki. Kiedy odkryliście w sobie potencjał do aranżacji własnych kompozycji i jakie były początki zespołu?

K.S. Potencjał, by tworzyć swój materiał był zawsze, ale umiejętności nie starczało. Z czasem człowiek nabiera doświadczenia, uczy się i przychodzi moment, że jest w stanie już układać własne kawałki.

W.W.Nasze początki to granie z Szarym w zespole. W liceum mieliśmy jeszcze projekt muzyczny razem ze Sławkiem, ale nasze drogi się rozeszły. Ponad trzy lata temu spotkałem przypadkowo Sławka i tak pomyślałem, że to całkiem normalny facet jest, a wcześniej zaznaczam nie był. Porozmawialiśmy no i coś z tego wyszło. Więc była koncepcja. Do tego jeszcze Szary wrócił z obczyzny i również go niespodziewanie spotkałem. Wspólnie uzgodniliśmy datę rozpoczęcia zespołu i pamiętam jak dziś, bo było to podpisanie umowy na wynajem sali prób jeszcze w Wałbrzychu, a dokładnie 16 maja 2012 roku. W ten dzień także zakupiłem perkusję i zaczęliśmy grać. Dołączył do nas basista Przemek Liman, ale z racji wykonywanych obowiązków zawodowych musiał zrezygnować no i jest z nami ten małolat.

R.W.Najmłodszy, ale najwspanialszy. Szarego miałem okazję poznać kilka miesięcy przed tym zanim przyszedłem na próbę. Siedziałem u ojca i wszedł jegomość z paczką do naprawy. Grałem jeszcze w innym zespole na gitarze elektrycznej i zaproponował mi nagranie demo. Nasze drogi jednak zbiegły się, gdy ojciec zapytał Szarego czy udziela lekcji na gitarze. Wtedy Szary zadał pytanie na czym ja gram i wyszło, że na basie. Przyszedłem i chłopaki stwierdzili, że z braku laku nie ma lepszego.

K.S. Warto dodać, że Rafała ojciec jest elektronikiem i naprawia nam cały sprzęt tutaj.

* Nazwaliście swój zespół Angry Again, co przywodzi na myśl jeden z „ukrytych skarbów” kultowej amerykańskiej kapeli Megadeth. Jakie znaczenie ma ten utwór i zespół w Waszej drodze muzycznej? Czy to właśnie Megadeth zapoczątkował w Was miłość do trashu?

W.W. Wiadomo nazwa jest zaczerpnięta z Megadeth, bo Sławek się wychował w sumie na ich muzyce, zresztą jak każdy z nas. Siedziałem i wymyślałem ze słownikiem jakąś nazwę, która by nas określała. Pewnego razu przyjechałem na próbę i dałem propozycję „Angry Again” fajny kawałek Megadeth. To właśnie jesteśmy my spotkani po latach.

S.G. Można powiedzieć „starzy wkurzeni”, a generalnie wcześniej byliśmy „młodzi gniewni”.

* Skąd czerpiecie pomysły na własną muzykę i co stanowi dla Was inspirację?

K.S. – Moje powstają na kiblu. Mam wtedy różne dziwne melodyjki w głowie i nie potrzebuje gitary, by je układać. Większość rzeczy ułożyłem nie mając gitary w ręku poza coverami. „Luke, I’m your father” też powstał na kiblu.

S.G. Generalnie proces ten jest bardzo magiczny. Każdy z nas ma nuty w głowie i płynie to z naszego wnętrza. Czasami jest tak, że przychodzi Szary coś sobie gra, też mi coś wpada do głowy i zaczynam grać motyw, no i do tego Wachu dorzuca swoje trzy grosze i okazuje się, że mamy gotowy kawałek.

K.S. – Gramy to, co przyjdzie nam do głowy i w żaden sposób się nie ograniczamy. Jesteśmy kapelą metalową, ale gramy wszystko, co wpadnie nam w ucho. Nie lubię się ograniczać i zamykać w jednym temacie. Nie mamy czegoś takiego, że coś fajnego uda nam się złożyć, ale rezygnujemy z tego, bo nie pasuje nam do zespołu.

W.W.Naszym stylem jest brak stylu tzn. kiedyś mi się bardzo podobało jak Szary powiedział, że gramy takie metalowe MMA, czyli pomieszanie stylów i są typowo trashowe kawałki, element przysłowiowego punka, czy troszeczkę black metalu.

R.W. – Często jest tak, że ja coś przyniosę, Sławek też, a Szary jest takim „klejem”.

S.G. Szary po prostu spaja wszystko w całość. Czasami mamy trudności, by nasze pomysły połączyć, natomiast Szaremu fajnie to wychodzi.

* Macie na swoim koncie demo z 2013 roku „In the name of…” oraz płytę „Where’s Your Head Up?”. Jak przebiegały prace nad materiałem do debiutanckiego albumu i kiedy udało się ją wydać?

K.S. – Generalnie płyta jest gotowa razem z okładką, a pozostaje jedynie kwestia wytłoczenia jej i wydrukowania. No i ten ten etap trwa już od około półtora roku. Praca nad płytą przebiegała dosyć szybko. Po wydaniu „In the name of…” praktycznie po trzech miesiącach mieliśmy gotowy materiał na następną płytę. Samo jej nagranie z racji ograniczonego budżetu musiało się odbyć szybko. Perkusję, gitarę i bas wbijaliśmy na jeden raz, na żywo. Wychodziło trzy podejścia na jeden kawałek. Potem już była praca nad gitarą Sławka i wokalem. Album w sumie powstał w trzy weekendy.

* Mam nadzieję, ze w końcu uda Wam się ją wydać.

K.S. – Wypadałoby wypuścić krążek, bo lada chwila będzie gotowy materiał na następną płytę. Tylko teraz chcielibyśmy zrobić to troszeczkę dłużej. Poświęcić więcej czasu.

S.G.Gdy nagrywamy dosyć szybko płytę, jesteśmy ograniczeni budżetem i wychodzi trochę po łebkach, to wiadomo, że te efekty nie do końca są takie jakie byśmy chcieli osiągnąć. Bo na przykład brzmienie można, by było ustawić lepsze, albo niektóre partie dograć dokładniej.

* Sporo koncertujecie zarówno w naszym regionie jak chociażby w Wałbrzychu, Legnicy, czy Wrocławiu, ale także poza nim m.in. w Warszawie. Który z koncertów zapadł Wam najbardziej pamięci?

W.W.Dla mnie osobiście pamiętny był koncert w Warszawie. Okazało się, że za ścianą była impreza dla fetyszystów w lateksach.

K.S. – Ściana w ścianę, w jednym klubie, 150 ludzi w lateksach. A u nas ktoś wymyślił bilet za 20 zł na nieznany zespół z Wałbrzycha i było 15 osób.

W.W. – W pewnym momencie miałem ochotę rzucić te pałki i lecieć na tamtą imprezę. (śmieje się)

* Udzielacie się także charytatywnie. Ostatnio wystąpiliście dla Jesici, której grozi utrata słuchu w Rock Pub w Szczawnie Zdroju. W jakie jeszcze akcje się angażujecie?

K.S. – Ten koncert akurat organizowaliśmy sami.

S.G. – Kolega miał chorą czteroletnią córeczkę i grozi jej utrata słuchu. Mamy zespół więc możemy coś zrobić. Nie tylko grać, ale dać także coś od siebie. Poza tym mamy dobry kontakt z właścicielem Rock Pub, który zawsze kiedy tylko chcemy zagrać, umożliwia nam koncert w klubie. Przyszło koło 80-ciu osób.

K.S. – Wiadomo jeżeli jest szansa i jakaś potrzeba to zawsze gramy.

* Po raz drugi zgłosiliście się do przeglądu Truskawki i tym razem z pełnym sukcesem zakwalifikowaliście się do finału. Jak myślicie czy uda się Wam podbić serca jurorów na koncercie w lipcu i na co byście przeznaczyli nagrodę 2 tys. zł?

W.W. – Ja muszę się trzymać tego, co wcześniej napisałem, więc wyjadę na wakacje, bo ciężko pracuje.

S.G. Możemy też zainwestować w sprzęt.

W.W.Nie ma sensu, może jednak lepiej jak pojedziemy na fajny weekend.

K.S.Jak się uda to staniemy na środku jak teraz i będziemy się zastanawiać. Na pewno chcemy wyjść i dać taki koncert, by publiczności się podobał, a jeżeli przy okazji sprosta wymogom także jury, to będę na pewno z tego zadowolony. Najważniejsze jest to, żeby wyjść i zagrać dobrą sztukę.