Demia: Nikogo do siebie nie zmuszam

472

Kontrowersyjny. Śpiewający, rapujący i zadziorny. Uważa, że w muzyce można robić wszystko. Obecny od ponad 10 lat na świdnickiej scenie, właśnie wydaje nową płytę nakładem Pro Rec. Daniel „Demia” Piórek, specjalnie dla redakcji Region Fakty opowiada o rapie w rockowych aranżacjach, o skrajnym odbiorze swojej twórczości i o planach na 2015 rok Z raperem, instrumentalistą, wokalistą, poetą i konferansjerem rozmawia Monika Zięba.

Kim tak naprawdę jest Demia?

Demia: Człowiekiem. Muzykiem. Wystarczą te dwa słowa, które wszystko skupiają. Bycie muzykiem to wypadkowa wielu aspektów. W moim przypadku jest to poezja, czyli teksty oraz muzyka. Jestem nie tylko raperem. Śpiewam, piszę teksty, robię muzykę, jestem producentem i instrumentalistą.

A czy przypadkiem to nie jest tak, że jak coś jest do wszystkiego, to tak naprawdę jest do niczego?

Demia: Kiedyś mój kolega, dziennikarz muzyczny, zadał mi pytanie, które mi się bardzo spodobało. Zapytał, czy ze mną nie jest tak jak z polskimi celebrytami. Raz zatańczę na lodzie, później zaśpiewam w programie karaoke, a na koniec będę pogodynką. Nie, to jestem ja. Potrafię najpierw zaśpiewać, później zarapować, poprowadzić imprezę – to jest składowa. Zanudziłbym się na śmierć, jeżeli miałbym robić jedną rzecz

Jesteś artystą?

Demia: Artysta to osoba, która poszerza horyzonty sztuki. Gdy zakładam słuchawki chcę odlecieć, czuć się jak po jakimś kwasie, którego w życiu nie brałem. To ma być coś absolutnego, inspirującego, skłaniającego do refleksji. To musi mieć to coś – jak kobieta. Są odtwórcy. Przychodzi taki koleś do studia, ktoś mu klepie muzykę, ktoś mu klepie teksty, nawet pomagają mu śpiewać jeżeli nie potrafi. On nie tworzy, nie komponuje, nie stwarza niczego, co mogłoby kogoś poruszyć. Mógłbym się nazwać artystą, ale nie lubię tego określenia, zawsze się od niego odcinam. Ja jestem muzykiem. Siedzę sobie, dłubię. Komu się to podoba – super, jeśli się nie podoba, trudno. Nikogo do siebie nie zmuszam.

Opowiedz o swojej przygodzie z poezją – od tej strony zna Cię zdecydowanie węższe grono.

Demia: Wydałem tomik poezji, zbiór wierszy, które powstawały w latach 2004 – 2011. Wcześniej gdzieś tam sobie leżały w szufladzie, ale w którymś momencie korci cię, żeby pokazać to szerszemu gronu,. Znalazłem wydawnictwo, zainteresowane opublikowaniem całego tomiku, który ukazał się pod pseudonimem. Później udostępniłem cały materiał na fan page’u .

Planujesz kontynuację?

Demia: To nie jest tak, że ja sobie mówię, ze dzisiaj jestem poetą, jutro muzykiem. Po prostu masz takie dni, że piszesz sobie muzykę do tekstów albo teksty do muzyki, bo i tak bywało. Producent podsyła ci jakiś beat, siadasz, piszesz, czasami okazuje się, że z tego wychodzi wiersz, więc sobie dokańczasz. Bierzesz butelkę whisky, siadasz sobie tak np. jak ja na 10. piętrze, jest burza i wylewasz z siebie żale życia (śmiech).

Czy artysta jest ekshibicjonistą?

Demia: Zawsze. Poeta, raper czy ktokolwiek, bo nie lubię używać słowa artysta, ktokolwiek kto zajmuje się muzyką, bądź innymi dziedzinami, winien jest oddać komuś siebie,. Nie dajesz siebie – to nie jest autentyczne. Są osoby, które zakładają maski, stwarzają pewne historie, opowiadają o rzeczach, które mogłyby się zdarzyć i to też jest w pewnym sensie spoko. Ja jednak uważam się za bardzo szczerego człowieka, zawsze mówię to co myślę, a potem obrywają inne części ciała przez język (śmiech). Jeśli ktoś chce mnie poznać, to pozna mnie z tekstów. Tam są moje poglądy, moja filozofia, wszystko. Czy to ekshibicjonizm – myślę, że w pewnym sensie tak.

Twoja twórczość jest dość kontrowersyjna.

Środowisko rapowe jest bardzo ortodoksyjne. Zakaz Wjazdu, w którym jestem wokalistą, dał mi możliwość poszerzenia horyzontów muzycznych. Sięgnąłem po rzeczy, których nigdy w życiu nie słyszałem – blues, jazz, funky, boogie…. To dzięki temu teraz na scenie czuję się pewnie. Jako wokalista i jako raper. To działa in plus. Mam okazję zaciekawić odbiorcę czymś zupełnie innym. Tak jak mój drugi singiel z najnowszej płyty, utwór„Braggastarter” Ja mam wrażenie, że jest czymś świeżym na scenie, nigdy nie słyszałem cięższych gitar z solówką. Ten numer łamie schemat wszelkich singli – sensówka jest dłuższa, nie jest zrobiona przebojowo w 3 minuty, tylko chciałem faktycznie zrobić coś, co było z serducha. I to jestem ja – śpiewający, rapujący, zadziorny.

Ty jesteś zadowolony. A z jakim odbiorem singla się spotkałeś?

Demia: Skrajnym! I to jest fajne. Kiedy wyszedł ten singiel, to parę osób ze środowiska lokalnego do mnie zadzwoniło i powiedziało, że fajny jteledysk, że muzyka jest spoko, że to ciekawe. Odbiór ze strony muzycznej był skrajny. Środowisko producenckie powiedziało, że brakuje basu, a to były specjalne zabiegi. Ten numer właśnie taki miał być. Nie wiem czy zwróciłaś uwagę, ale nie ma basu zupełnie w tym numerze. Chcieliśmy żeby ten kawałek był zupełną odwrotnością wszystkiego, co jest na płycie.

To ryzykowne robić singiel z kawałka, który jest przeciwieństwem całego albumu.

Demia: Ale ja już taki jestem. Gdy ktoś przychodził gościnnie do studia, to „Braggastarter” zawsze zwracał na siebie uwagę refrenem. Pomyślałem więc- ok, spróbujmy. Później jednak doszliśmy do wniosku, żeby zmienić trochę ten numer, tak by brzmiał oldschoolowo, Wyrzuciliśmy bas, daliśmy wolną rękę gitarzyście. Jak pierdyknął, to wiedzieliśmy, że już go nie zatrzymamy. Jestem dumny z finalnego kształtu tego numeru.

Lubisz miksować konwencje, bawić się muzyką.

Demia: Ja wszystko mieszam z rapem, robię rzeczy okołorapowe, lubię wielobarwność. Zrobiłem pewnego myka, na którego rzadko kto się odważy. Nagrałem płytę na beatach, stricte rapową, jednak na koncertach gram to z live bandem (Demia Doberman Live Band – dop. redakcji), gram to na rockowo . To zupełnie inna energia – numery są przearanżowane specjalnie na korzyść bandu i odbiór na koncertach jest zaskakujący. Mogłem to osiągnąć, dzięki zebraniu ludzi, z którymi wcześniej pracowałem. Uważam ich za dobrych muzyków i za dobre charaktery. Jesteśmy w tym zespole jak bracia, a nie jak muzycy sesyjni. Poza tym to wyższa półka – to są ludzie po szkołach muzycznych. To Maciej Strzała, Piotr Czaiński, Paweł Sierakowski kiedyś z Zero Procent, zawsze chcieliśmy razem grać i cieszę się, że w końcu nadarzyła się okazja. Ponadto Bartek Bednarz z którym dawno temu grałem w HIV. To bylo dla mnie oczywiste, że jeżeli bas to tylko i wyłącznie on. Nowością był dla mnie Mateusz Chochołek, czyli Mach, mega utalentowany perkusista, mega postrzelony człowiek, facet ma niesamowite wyobrażenie. Czasem wchodzisz do sali prób, spotyka się sześć głów i mam wrażenie jakbym orbitował w innych wymiarach. Zdaje ci się, że jesteś na jakimś poziomie, że masz swoją muzyczną sferę, którą możesz zarazić grupę ludzi, a nagle spotykasz kolejnych pięć takich osób i zaczynasz orbitować jak po LSD jakimś (śmiech).

Twoja najnowsza płyta miała wyjść wcześniej….

Tak, w lutym zeszłego roku, ale przeboje były makabryczne. Najpierw mieliśmy problem z mixem. Później, po sporej pracy, kiedy już chciałem oddać materiał do wytwórni, zjarał się cały dysk z materiałami z koncertu, że ścieżkami do trzech utworów. Na nieszczęście mieliśmy tylko jedną finalną wersję, bez żadnych kopii. Teraz mogę się z tego śmiać, bo wszystko jest nadrobione, ale wtedy miałem traumę siedząc przed tym laptopem. Zwłaszcza, że jeden z utworów zawierał w sobie gościnne 5 zwrotek mc’s z miasta, bo zrobiłem utwór który zrzesza ich wszystkich. Wyobraź sobie, że te ścieżki poszły się pobawić gdzie indziej i musiałem znowu te osoby zdzwaniać na różne terminy, a to graniczy z cudem. Dodając do tego nasze perturbacje życiowe, płyta finalnie opóźniła się o rok. Ale wszystko ma swoje pozytywy. Nagrałem trzy ostatnie numery na nowo i jestem z nich bardziej zadowolony niż w pierwszej wersji. Doszliśmy do nowych wniosków – wyrzuciliśmy dwa numery, poszerzyliśmy jeden no i wyszło dużo lepiej. Wychodzę z założenia, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Widocznie tak miało być. Let it flow, let it be. (śmiech)

Podkreślasz, że współpracujesz z muzykami ze Świdnicy. Jak oceniasz lokalną scenę?

Jest pełna ciekawych osobistości, są fajne pomysły, ale niektóre niszczy życie. Praca, rodzina, dom, obowiązki . Pasja nie jest już głównym nurtem życia. W Świdnicy jest wiele ciekawych nazwisk, ale często zdarza się tak, że fajna osobistość trafia do grupy, która nie potrafi z nią nic zrobić. Gaśnie płomień, który powinien rozbłysnąć na scenie ogólnokrajowej. Michał Kulniew – to nazwisko powinno by znane nie tylko w Polsce,ale i na świecie. Gość ma niesamowitą charyzmę, poza tym jak ryknie, to mam wrażenie, że z 20 000 głów oblewałoby się browarem na najlepszych festiwalach. Facet ma taki głos, że to jest kosmos jakiś. Poziom zawyża zdecydowanie Martyna Baranowska, moja taka córeczka mentalna, która gra z Chilli Crew. Są w miejscu na które zasłużyli i wiem, że będą się rozwijać dalej, bo to mega kapela. Poza tym mamy bardzo dużo dobrych muzyków, od których ja sam uczyłem się wielu rzeczy – form, aranży…

Kiedy możemy spodziewać się premiery Twojego albumu?

Koniec stycznia. Ustaliliśmy datę, ale niekonkretną, bo nikt nie zna dnia ani godziny (śmiech). To takie nasze hasło w związku z tym rocznym opóźnieniem. Pod koniec stycznia prowadzę Rapsodię Świdnicką, chciałbym już tam ogłosić, że płyta jest dostępna w sieci. Tuż przed premierą ukaże się kolejny klip do utworu „Gramatura DMA”, później lecę do Birmingham kręcić zdjęcia do kolejnego teledysku. Chciałbym, żeby łącznie było ich 6.

Dużo.

Tak, bo lubię teledyski. Lubię plan zdjęciowy, te sytuacje, które się dzieją, strasznie mnie to jara. Zawsze jest przygoda i wspomnienia, dlatego warto to robić. Myślę, że „Gramatura” będzie ciekawa. Obecnie wszyscy robią albo one shoty, albo idą w przepych. Te dwie rzeczy dominują. Albo jest szybko, prosto i konkretnie i jest to zrozumiałe. Druga opcja – przepych, stylizowany na Tedego, z tańczącymi nastoletnimi dziewczynami, ucharakteryzowanymi na modelki, a całość to próba stylizacji na USA. Rany, to nie jest Nowy Jork. Ja też w przeszłości chciałem iść w tę stronę, ale później przyszła chwila refleksji i głośne „nie”! (śmiech) Zawsze lubiłem, gdy tekst, muzyka, klip okładka są z tej samej bajki, tworzą razem jakiś spójny obraz. Teraz postanowiliśmy zrobić coś innego niż reszta i chciałbym, żeby kolejne widea to pokazywały. Słyszę głosy, że ttego nie wypada robić w hip – hopie, tego nie wypada robić w rapie. A przecież to jest muzyka, a w muzyce można robić wszystko

Teraz na rynku mamy przesyt rapowych wydawnictw, czym będzie wyróżniał się Twój album?

Przede wszystkim świeżością. Zauważyłem, że scena rapowa ma tendencję do natychmiastowego przenoszenia do nas amerykańskich trendów. Tam rządzi trap, u nas też rządzi trap, mimo że jest znany od lat 90. to nagle teraz, nie wiem czemu, ma swój boom. A ja tak nie chcę. Nigdy nie lubiłem iść z prądem. Tak ostatnio powiedział Włodi – jeżeli ludzie idą w jednym kierunku, to najczęściej to potem ginie, ponieważ robi się przesyt. Ale wracasz do klasyków, takich jak James Brown. I ja zawsze chciałem robić muzykę, która będzie dobra i zostanie. Nikt nie musi mi stawiać pomników, dawać złotych płyt. Chcę mieć poczucie, że ta muzyka przetrwa. Moja płyta jest świeża dlatego, że śpiewam. I to śpiewam nie na zasadzie niektórych raperów, którzy wychodzą na scenę i nie są w stanie odtworzyć swoich partii. Ja na żywo śpiewam dokładnie tak samo, a nawet lepiej. Rapuję różnymi technikami, mam nadzieję, że parę osób będzie zaskoczonych po przesłuchaniu całego albumu. Pojedyncze kawałki nic nikomu nie dadzą, bo single są skrajne. Poza tym historia. Myślę, że jest parę rzeczy, które zaintrygują lirycznie. Muzycznie opierałem się tylko i wyłącznie na świdnickiej scenie, jest jeden gość spoza, raper Fabuły – Poszwixxx. A nasze chłopaki zrobiły naprawdę kawał dobrej roboty.

W ubiegłym roku wygrałeś Truskawkę, byłeś laureatem Pro Testu, organizowanego przez wytwórnię Pro Rec, można Cię też było usłyszeć w Muzycznej Bitwie Radia Wrocław. Czy 2014 był dobrym rokiem?

Demia: Każdy rok jest udany. Nawet jeśli pojawiają się szczątkowe rzeczy, to zawsze jest to krok do przodu. Ten rok był dla mnie ciężki z powodu paru prywatnych decyzji, których podjęcie nie było dla mnie łatwe, ale muzyka pomogła mi się pozbierać na nowo. Skończyłem nareszcie płytę, nagrałem kilka featuringów, zagraliśmy fajne koncerty. 015 rok to  „A.K.A.DEMIA”. To kolejne cztery teledyski, które się ukażą. W tym roku obchodzę jeszcze 10 – lecie z Zakazem Wjazdu, są plany zagrania koncertu z nagraniem dvd,. Razem z DDLB pojawimy się w Niemczech z koncertem, zastanawiamy się też nad trasą dla angielskiej Polonii. Zwieńczeniem będzie mój drugi album, który właśnie jest w produkcji. Zdradzę tylko tyle, że będzie sporym zaskoczeniem. Mam teraz dużo fajnej mocy, która pcha mnie ku lepszym rzeczom. 2015 będzie stał pod znakiem nagrań, koncertów i robienia hałasu, wprost proporcjonalnego do mojej pozytywnej energii.

Tego Ci życzymy.

Demia: A ja życzę szczęśliwego Nowego Roku, a wszystkim ze środowiska muzycznego – większej otwartości i pozytywnej energii. Bez spiny.