Walczyli o pióro burmistrza

128

Przygody dzielnego wojaka Szwejka okazały się być sporym wyzwaniem dla uczestników tegorocznego Dyktanda Miejskiego o Pióro Burmistrza Miasta Bogdana Kożuchowicza. Zmagania z polską pisownią już po raz szósty zorganizowała Publiczna Szkoła Podstawowa Integracyjna oraz Urząd Miejski.

Dyktando odbyło się w środę, 22 listopada, w PZSI w Cierniach. Na starcie stawiło się ponad 50 osób, w większości młodych ludzi. Nad niełatwym tekstem zasiadł także burmistrz Bogdan Kożuchowicz.

To świetna inicjatywa, cieszę się, że dyktando stało się kolejnym, cyklicznym wydarzeniem w Świebodzicach. I nich zwyciężą najlepsi – dodał oficjalnie otwierając VI Dyktando Miejskie.

Tekst dyktanda przygotowały polonistki z PSPI: Justyna Gąsior i Jolanta Bieniasz. Była to wariacja na temat przygód dzielnego wojaka Szwejka.

Prace uczestników oceniało bardzo szacowne jury, członkowie wałbrzyskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Języka Polskiego i poloniści zarazem: przewodnicząca Małgorzata Chojda-Ozga (prezes Towarzystwa), Marta Grylewicz-Kędzia (członek zarządu), Agata Wachowiak (członek) i Halina Serafin (emerytowany naucz. języka polskiego, wykładowca, ekspert MEN).

A oto wyniki.

W kategorii I, czyli młodszej (13-19 lat):

I miejsce, już po raz drugi, Weronika Kobos z Liceum Ogólnokształcącego w Świebodzicach
II m. Aleksandra Mielczarek (absolwentka PSPI i też drugi raz drugie miejsce),
III miejsce – Karol Melańczuk (absolwent szkoły)
W kategorii dorośli:

I miejsce (drugi raz) Krzysztof Bujak,
II m. Mieczysław Sowiński,
III miejsce Jarosław Graca (ubiegłoroczny zwycięzca).
Jak się okazało, panów podzielił na miejsca 1 błąd ortograficzny.

Dla uczestników dyktanda jak zawsze przygotowano pyszne, domowe ciasta i poczęstunek.

***********************************************************************

Dobry wojak wspomina

Ponadpięćdziesięciopięcioletni eksżołnierz cesarsko-królewskiej armii Austro- Węgier spoglądał łagodnie sponad piany na kuflu piwa w gospodzie „Pod Nieustającym Piwnym Potokiem”, a rytmiczne, choć wydobywające się z rzadka „pyk, pyk” z jego fajeczki, nie przeszkadzało słuchaczom jego superopowieści. – Mieszkała u nas na Pankracu, na placu Pod Ratuszem, pewna wdowa, a naprawdę to niby-wdowa, bo małżonek jej w swojej małoduszności i antypatriotyzmie popod podłogą ich sklepu (bo był – czyżem o tym wspominał – masarzem) zrobił sobie minischowek i żeby unikać chryi, ile razy o poborze coś mówiono, chował się w nim na całe codzienne, a nieraz i nocne posiedzenia. Oficjalnie zaś ogłoszono, że masarz zeszedł był z tego padołu łez, obżarłszy się wędliny z jadem kiełbasianym, co notabene źle by świadczyło o nim jako masarzu i w życiu bym kiełbasy u takiego nie kupił. Otóż ta wdowa hodowała pieski półrasowe, głównie takie pół buldogi, pół boksery, więcem ją od czasu do czasu odwiedzał, a ona mi o mężu ani mru-mru. Raz, akurat w środę popielcową (Popielec był wtedy późno, w początkach marca), spędzaliśmy pospołu miłe popołudnie, gdy naraz spopod podłogi gramoli się sczerwieniały ze złości, a prawie sczezły od przymusowego postu w karnawale, niby-nieboszczyk i wyzywa mnie od hultai. Wziąłem go delikatnie za chabety i już miałem go odrzucić w bok, kiedy to sakramenckie lumbago jak mnie nie łupnie! Na nieszczęście naprzeciwko stacjonował nadkomisarz policji i cały ten harmider przerwał mu arcypostne rozmyślania. Jak tylko usłyszał „łubu-du”, wpadł na czele zgrai policjantów, ale zamiast aresztować tego niedowarzonego Otella, uwziął się na mnie. Raz-dwa wróciłem do dawno niewidzianych koleżków z trzeciego batalionu. -Tak, tak panowie, nielekko było służyć Najjaśniejszemu Panu; wte i wewte człowiekiem rzucało. Ale i teraz jest nie łatwiej…Stary wojak pyknął kilkakrotnie i zamyślił się nad kuflem.

Przygotowanie tekstu: Justyna Gąsior i Jolanta Bieniasz